zauroczenie    

 

 

 

AD 2003

 

Cztery lata temu jeszcze nawet nie myślałem, że moim sposobem na życie po sześćdziesiątce stanie się turystyka rowerowa. Zaczęło się w Kanadzie, kiedy kończąc swoja „karierę” morską, zabrałem zakupioną tam starą damkę do domu. I stała w komórce przynajmniej dwa lata, zmieniając kolor na coraz bardziej ryżawy. Postanowiłem ją reanimować, bo wstyd było z nią jechać nawet po piwo. Początkowo niewinne randki „wokół komina” przeradzały się w drżenie serca tak, jak to kiedyś było pierwszy raz. Chciałem sprawdzić czy uczucia do niej to chwilowe zauroczenie, czy też możemy się pokochać na następne 60 lat. Pozyskawszy zgodę mojej ślubnej Krystyny, którą już po 40. latach trochę pewnie znudziłem, namówiliśmy się z moją nową kochanką, że zabieramy namiot i w tajemnicy pojedziemy w naszą pierwszą podróż. Jak najdalej od zazdrosnych spojrzeń, czyhających na każdą sensację krewnych i znajomych.

Plan był taki, żeby dojechać do Plewna koło Świecia n/Wisłą, do którego mam duży sentyment ze względu na spędzane tam szczeniackie wakacje. Ale plansza z tyłu bagażnika wskazywała, że możemy dojechać nawet do Mikołajek. Po osiągnięciu pierwszego etapu i tygodniowym odpoczynku ruszyłem dalej i osiągnąłem cel. Byłem zaskoczony sukcesem. Myślałem, że wszyscy na mnie patrzą i podziwiają. Dziadek na damce! Nie chciałem przerywać tej owacji i postanowiłem jechać dalej. Do Skarżyska Kamiennej, gdzie mieszka moja Chrzestna Matka w wieku 94 lat. Chciałem się cieszyć razem z nią, bo razem odnosiliśmy niecodzienny sukces. Zbliżał się już miesiąc, od kiedy opuściłem swoją żonę i zakochałem się w dwóch pedałach. Musiałem wracać do domu tym bardziej, że plan maksimum został już wykonany. Kupiłem dwa bilety na pociąg, ale wysiedliśmy już w Poznaniu. Po gościnnym noclegu u mojej córki Dagmary, zdjąłem z pleców mojej kochanki cały bagaż. Wczesnym rankiem ruszyliśmy z zamiarem dotarcia do Szczecina w ciągu tego samego dnia. Byliśmy ambitni i pełni wyzwań. Nie udało się. Wprawdzie z Choszczna jest już tylko „rzut beretem” do domu, musieliśmy przesiąść do pociągu. Sędziwy wiek mojej Damy często sprawiał, że co drugi, trzeci dzień podróży musiałem wymieniać jej szprychę. Tak stało się i teraz. Ale zabrakło zapasowych części. Kochałem ją do końca. Dwa lata temu rozebrałem moją starą miłość i pochowałem w piecu martenowskim. Z wszystkimi honorami. Nie wziąłem nawet złotówki. Moja żona kupiła mi piękniejszą i młodszą. Ale już odmiennej płci.