w 30 dni dookoła polski

 

 

 

Długość trasy: 3908 km. Ilość etapów: 29  Średnia długość etapu: 135 km.  

Czas trwania rajdu: 1 czerwca – 1 lipca 2006.

 

       wstęp  to dziewięć dni podróży ze Śląska do Szczecina relacjonowane sms-ami przez Waldka.

 

Dzień pierwszy ze Śląska 22.05.2006:

Waldek (51) aspirant z Zabrza i Jurek (48) górnik z Knurowa ruszyli na pierwszy etap rozpoczynający się w Jastrzębiu Zdroju.

SMS: Głogówek zdobyty jutro dalej

 

Dzień drugi 23.05:

SMS: Paczków zdobyty wiatr makabryczny.  Trasa etapu 98 km

 

Dzień trzeci 24.05:

SMS: Duszniki Zdrój 96 km. To jest sport ekstrema a nie turystyka.

 

Dzień czwarty 25.05:

SMS: Kamienna Góra padła. 125 km. Zimno, pada, wiatr i góry, góry i znowu góry.

 

Dzień piąty 26.05:

SMS: Leśna. 576 km za nami.

 

Dzień szósty 27.05:

TEL: Jesteśmy w Zgorzelcu o 12. Zimno, leje, śpiwór przemoknięty, muszę mieć nowy. Namiot przecieka też trzeba nowy. Jurek ma kryzys.

 

Dzień siódmy 28.05:

SMS: Łęknica wita. Znowu leje, już wszystko mam mokre.

TEL: Mam nowy namiot i śpiwór. Ktoś ma nowy dom i łóżko w prezencie. Schronisko w Kłopot. Tu pod dachem cieplej. Prognozy z internetu na jutro lepsze. Ale trzeba pokonać 130 km żeby być na polu biwakowym w Łysogórkach

 

Dzień ósmy 29.05:

SMS: Jesteśmy w Siekierkach. Jutro finisz etapu.

 

Dzień dziewiąty 30.05:

Już w Szczecinie. Wykąpani, nakarmieni, napojeni. Jutro dzień odpoczynku. Jurek kupuje nowy namiot. Ślązacy przeglądają sprzęt, dokonują niezbędnych poprawek. Moi koledzy ze Śląska są już dobrze rozkręceni. Ja nie kręciłem od chwili zakończenia prologu. Chwila przerwy pozwoliła na zapomnienie o kontuzji kolana. Ale trzeba to sprawdzić. Wsiadłem na rower i popędziłem 96 km do Nowego Warpna i z powrotem. Forma wystarczająca, by bez obaw i kompleksów  ruszyć pojutrze na trasę.

 

 

Park maszyn

 

 

 

 

      wyprawa

 

 

 

 

Gotowi na start

 

ETAP I. Dnia 01.06. SZCZECIN - MIĘDZYWODZIE. Długość etapu 135 km.

O godzinie siódmej ruszamy ze Szczecina. Na rogatkach ma się odbyć spotkanie z tvp3. Będzie reportaż. Dalej trasa spokojna, płaska. Poznajemy się w nowym zespole. Dzisiaj, zgodnie z regulaminem cały zespół pod moim dowództwem. Co trzy dni zaszczyt taki przypadać będzie każdemu z nas. Docieramy do północnego krańca naszego kraju, Międzyzdrojów. Już tłoczno od turystów, ale przemykamy sprawnie przez miasto składając wizytę w Alei Gwiazd. Nasze namioty rozbijamy w lesie za Międzywodziem po szóstej. Nie padało. Za wcześnie żeby spać, ale tak wyszło.

 

Kto teraz wie co się jeszcze wydarzy?

 

ETAP II. Dnia 02.06. MIĘDZYWODZIE - KOŁOBRZEG. Długość etapu 147 km.

W wyniku wyemitowanego reportażu tvp3 w kronice szczecińskiej, jesteśmy niemal wszędzie rozpoznawalni. W Kamieniu Pomorskim, Trzebiatowie, Kołobrzegu, Ustroniu Morskim, pozdrawiają nas. Przekonujemy się, że telewizja to jednak potęga, a my poznajemy słodki smak sukcesu jeszcze przed jego osiągnięciem. Pierwszą wywrotkę doświadczam na remontowanej ulicy w Trzebiatowie. Drobne rany będą przypominać, że mój szczęśliwy powrót zależy między innymi, ode mnie. Jadąc dalej, błądzimy na trasie do Bieczyna. Drogi kiepskie, wioski biedne, tylko kościoły dzięki ofiarności wiernych trzymają formę. Kręcimy się cierpliwie po bezdrożach, dając szansę Jurkowi. Dziś bowiem jego dzień. Niech więc kombinuje albo zrozumie, że warto przystosować się do zespołowej gry. Dojeżdżamy wreszcie do Kołobrzegu, by zaraz powrócić osiem kilometrów do wsi Grzybowo, gdzie mieszka jego rodzina. Chociaż to dopiero drugi dzień podróży, jesteśmy wyrozumiali. Jurek pragnie zobaczyć się ze szwagrem powracającym na weekend do domu z Berlina. Sobota jest na szczęście deszczowa. Ja naprawiam pierwsze usterki, Jurek kupuje nowy śpiwór i naprawia dziurawą dętkę. Oczekując na rodzinne spotkanie spędzamy tu resztę piątku, sobotę i w niedzielę rano jesteśmy gotowi do drogi.

 

Przystań w Grzybowie

 

ETAP III. Dnia 04.06. KOŁOBRZEG - USTKA. Długość etapu 135 km.

Zimny poranek. Około dziewiątej temperatura nie przekracza 10 stopni. Potem zaświeciło słońce. Cieplej. Zwiedzamy nadmorskie wczasowe i portowe miasteczka. Ustka. Uroczy nadmorski kurort, ale wystarczy godzinka żeby nacieszyć się jego pięknem. Oczekujemy jeszcze dwie następne godziny na Jurka. Musi pomodlić się za dobrą pogodę dla naszej wyprawy. Argument, że trzy miliony Polaków modliło się za pogodę dla Benedykta, a w rezultacie i tak padło, nie trafia. Nocujemy za Ustką. Chcemy się rozbić w lesie, ale nie ma dojazdu. Skręcamy w polną drogę za lasem i lokujemy się na łące 100 metrów za krzakami, pokonując jeszcze rów z wodą. Trawa do kolan. Rozbijamy namioty a resztę dnia poświęcamy Jurkowi. Opowiada jak ładował swoje akumulatory w pojednaniu z Bogiem, jakie z tego płyną korzyści, no i że zawsze stara się być lepszy. Pocieszające.

 

Ustka, w oczekiwaniu na wyroki Boskie

 

ETAP IV. Dnia 05.06. USTKA - ŁEBA. Długość etapu 116 km.

Rano zazgrzytało. Jurek zapomniał już o wczorajszej refleksji. Jak zwykle ruszamy o siódmej. W butach osłoniętych foliowymi torbami docieramy przez gęstą trawę pokrytą poranną rosą, na drogę polną. Waldek łapie gumę na starcie.  Ja przedziurawiłem materac ubiegłej nocy i będę spał na dwóch komorach aż do Elbląga. Nie tracę czasu i ruszam w poszukiwaniu warsztatu, aby pospawać popękany bagażnik. Po drodze napotykam 10-osobową, niemiecko-angielską grupę turystyczną. Jedziemy razem 20 kilometrów. Podążają z Niemiec na Łotwę. Są wygodni. Ekwipunek jedzie za nimi w wynajętym busie. Bagażnik już po remoncie w samochodowym warsztacie, więc kompletujemy grupę w Główczycach. Dzisiaj ja dowodzę grupą. Chociaż moja władza ograniczona jest mocno regulaminem, to i tak nikt mnie nie słucha. Dyscyplina słaba. Wjeżdżamy do Łeby. Na czoło wysuwa się Jurek. On już tu przecież kiedyś był! Skręca w boczną uliczkę i okazało się, że znaleźliśmy się już za miastem. Wracamy jednak do centrum. Nocleg organizujemy na polance 3 km za Łebą, ale to też nie był mój pomysł wynikający z dzisiejszego przywileju. O szesnastej jest jeszcze słońce i ciepło. Płaskie etapy przy bezwietrznej pogodzie na prostej pokonujemy szybkością 25-30 km/h. Waldek korzystał dzisiaj z pomocy farmaceuty, aby złagodzić ból gardła. Wcześnie dziś dokujemy, więc kupiłem w kiosku Angorę. Dzielę się po połowie z Waldkiem. Jurek oddaje się koncentracji. Jutro on poprowadzi naszą grupę.

 

Jakby nie było miejsca w lesie

 

ETAP V. 06.06. ŁEBA – GDAŃSK SOBIESZEWO. Długość etapu 164 km.

Dysza kupiona w Łebie znowu zapchana. Pytam rano, kto mi pożyczy kuchenki żeby odgrzać wczoraj ugotowaną grochówkę? Ale cisza!. No weź, słyszę od Jurka. Po chwili awantura, że zepsułem maszynkę. Sprawdzamy. Jest przecież OK.(!). To wyraźny sygnał jak mam się zachować w przyszłości.  Startujemy. Pierwsza krzyżówka i Jurek ma problem. Na drugiej ma kolejną pretensję, że nikt mu nie wskazuje drogi. Na trzeciej skręcam na właściwą drogę do Sasina, nie oglądając się już na dzisiejszego przewodnika. Spotykamy się po kilkunastu kilometrach na punkcie kontrolnym. Jako organizator wyprawy stawiam Jurkowi ultimatum: albo kupi sobie mapę i przystosuje się do zasad przyjętych w regulaminie wyprawy, albo rozstajemy się. Uważam wyprawę za rozwiązaną – stanowczo oznajmia Waldek. Jadę więc sam. Wspólny plan był taki, żeby biwakować przed trójmiastem, ale teraz postanowiłem zatrzymać się na kampingu w Sopocie. Na mapie widnieją aż trzy. Okazuje się, że żaden nieczynny. Trójmiasto przejechać trudno. Częste zakazy dla ruchu rowerów. Mimo wielu mylnych informacji udało się wydostać z Gdańska. Już prawie ciemno, w tej wielkiej aglomeracji trudno znaleźć kawałek miejsca na namiot. Płacę podatki, więc przy parafialnym kościele, używając wszystkich dostępnych argumentów, że ciemno, zimno i deszcz zaczyna, pytam księdza o zgodę na kawałek trawki przy parafialnym ogródku. O szóstej rano, bez względu na pogodę już mnie tu nie będzie, zapewniam. Nie ma takiej opcji, usłyszałem. Późnym wieczorem docieram do Sobieszewa. Na liczniku 164 km. Reklamowany wiele kilometrów wcześniej kamping okazuje się nieczynny, ale przyjmują mnie bez wygód za darmo. Mam kolejną szprychę do wymiany. Wczoraj popołudniu wymieniłem pierwszą w Pucku, w piwnicznym serwisie. Nie miałem właściwego klucza do szprych, więc płacę frycowe 20 zł. (!)

 

Jeszcze z Jurkiem w Trzęsaczu

 

ETAP VI. 07.06. SOBIESZEWO – ELBLĄG. Długość etapu 128 km.

Prom na drodze państwowej 501 przez Wisłę, ŚwibnoMikoszewo nieczynny. Żeby przejechać na drugą stronę rzeki muszę objechać 27 km. Przyczyna bardzo prozaiczna, o kasę spiera się dwóch współwłaścicieli przeprawy. Muzeum Stutthof, choć bardzo przygnębiające, zobaczyć trzeba. W Malborku czeka z kawą moja kuzynka z rodziną. Mam niestety tylko godzinę na tą przyjemność. Elbląg. Tu też rodzinne gniazdko. Gadamy do pół do drugiej rano. Po przetarciu oczu zwiedzamy elbląską starówkę. Nietypowa, bardzo ciekawa w formie, budująca się z rozmachem. Widać dobrą gospodarską rękę.

 

Rodzinne gniazdko w Elblągu

 

ETAP VII. 08.06. ELBLĄG - MIŁKOWO. Długość etapu 115 km.

W Kadynach warto się trochę zatrzymać by upajać się pięknem XIX wiecznego budownictwa z czerwonej cegły. Unikatowe stajnie, obory, stodoły niczym pałace, pełne kunsztu w najdrobniejszych szczegółach. Zaczynają się bardzo długie i strome podjazdy. Mam nieodparte wrażenie, że jestem już w górach. Ale to dopiero przedsmak. We Fromborku zamek. Odwiedzam tylko katedrę. Trzecia i czwarta szprycha pęka. Już ostatnia z zapasu. Sądziłem, że mam dobrze przygotowany rower przed wyprawą. Teraz, z duszą na ramieniu będę pokonywał każdy kilometr. Byle nie ostatni. Odpoczywam do rana na podwórzu gospodarskim w Miłkowie.

 

Odpoczynek w Miłkowie

 

ETAP VIII. 09.06. MIŁKOWO - PIECKOWO. Długość etapu 77 km.

Jest sklep i serwis rowerowy w Lidzbarku Warmińskim. Wymieniam wszystkie szprychy tylnego koła. Oczekując, spotykam Waldka z Jurkiem. Dzielimy się uwagami z trasy i pozdrawiamy nawzajem. Wymiana szprych trwa 6 godzin, bo serwisant jest jednocześnie sprzedawcą. O piętnastej mogę jechać dalej. Na nocleg wybieram dom z anteną tv. Dzisiaj inauguracja mistrzostw, więc chciałbym sprawdzić formę Polaków. Choć pierwsza połowa mogła się podobać, to większość transmisji przedrzemałem. Wsunąłem się zaraz do namiotu i zasnąłem w przekonaniu, że nie muszę żałować zbieżności mojej wyprawy z mundialem.

 

 

Niemal codzienność

 

ETAP IX. 10.06. PIECKOWO - ŻYTKIEJMY. Długość etapu 140 km.

Za Kętrzynem oglądam Wilczy Szaniec – kwaterę Hitlera. Dwadzieścia kilometrów dalej bunkry dowódców III Rzeszy gdzie powstał spisek zamachu. W Węgorzewie dopełniam w wulkanizacji tylną oponę do 8 atmosfer, tyle ile pozwala producent. Ujechałem 200 metrów. Wybuch jak z armaty oznajmił, że coś się stało z moim tylnym kołem. Szybko uświadamiam sobie, że jest sobota popołudniu. Jeśli opona, nie pojadę już dalej. Opony 27x23 nigdzie na trasie w tej części kraju nie znajdę. Na szczęście tylko dętka pęka na długości 12 cm. Dowiaduję się, że z najwyższego mostu w Błąkałach odbywają się skoki na bandżo. Zostanę do niedzieli i może się uda. Całą drogę obmyślam plan. Czy stać mnie na taką odwagę? Już powiadomiłem moją córkę Dagmarę. Już się wycofać nie mogę. U moich gospodarzy gdzie mogę dzisiaj odpocząć dowiaduję się, że skoki są ze względów bezpieczeństwa zostały zawieszone. Uff. Szkoda, albo całe szczęście.

 

Wilczy szaniec

 

ETAP X. 11.06. ŻYTKIEJMY - PUSZCZA AUGUSTOWSKA. Długość etapu 145 km.

Rano pobudka o 4.30. Zimno. Bagażnik znowu popękany od wstrząsów na nierównych, dziurawych drogach. Naprawiam sznurkiem. W Suwałkach odwiedzam muzeum Marii Konopnickiej. Zaopatruję się w plecak wody do mycia. Półtoralitrową butelkę wody pitnej mam zawsze w koszyku bidonu. Jestem bowiem u bram Puszczy Augustowskiej. Nie mogę przepuścić tej sypialni. W lesie obowiązują niezłomne zasady. Cisza nocna następuje o zmierzchu. Milkną ptasie kłótnie i zapada noc. O świcie budzi cię najpiękniejszy chór Świata. Tego nie znajdziesz na żadnym kampingu. Rozkładam namiot w wybranym miejscu ale szybko okazuje się, że na mrowisku. W popłochu zwijam swój dobytek i uciekam. Nie znajduję w pobliżu tak dyskretnie osłoniętego przed ludzkim wzrokiem miejsca. Jestem zaledwie kilkadziesiąt metrów od polnej, leśnej drogi. Sosnowy las na przestrzał. Wsiadam więc na rower z prowizorycznie przypiętym bagażem. Kilkaset metrów dalej, pośród liściastych drzew znajduję wymarzone miejsce. Plaga komarów. Ale mam miętowe słomki do palenia bo weekend i należą się. Jest też na pokrzepienie łyczek rumu bo miejscowi mówią, że w lesie są wilki.

 

 

W poszukiwaniu noclegu w puszczy augustowskiej

 

ETAP XI. 12.06. PUSZCZA AUGUSTOWSKA - GRÓDEK. Długość etapu 125 km.

Wody do picia nabrałem żurawiem w służbowym domku drogówki pod nieobecność gospodarzy, ale za pozwoleniem przechodnia. W obejściu żadnego psa, dwa króliki w klatce. Wokół pełno różnych sprzętów, na stole tarasu zegarek i radio turystyczne, jakby gospodarz wyszedł na chwilę do kuchni. Inna Polska? Przed sobą dostrzegam dwie sylwetki. Czyżby to Waldek z Jurkiem. Potwierdzenie przychodzi w pół godziny. Spotykamy się w Lipsku. Pijemy wspólnie kawę zaparzoną w miejscowym sklepie. Dowiaduję się, że pominęli muzeum w Sztutowie, Wilczym Szańcu , bunkry III Rzeszy i dom Marii Konopnickiej w Suwałkach. A więc moja, samotna podróż daje więcej korzyści. W Sokółce poprawiam w serwisie błędy jak zawsze poprzedniego serwisu. Wybierają luzy w łożysku widelca i naciągają szprychy po lewej stronie obręczy, co się potem zemści na dętce. Wystające ponad nyple, nie obcięte szprychy będą niebawem robić durszlak z mojej ostatniej dętki. Nocleg znajduję na krańcach Gródka. Wysoka, smukła Białorusinka przy furtce przywołuje po rosyjsku męża, żeby się ze mną rozmówił. 84 letni, z wyglądu w sile wieku mężczyzna zachęca, by bez obawy przekroczyć bramę jego gospodarstwa. Od ubiegłego roku zaprzestali uprawiać swoje 10 ha ziemi i są na rencie KRUSu. Gospodyni proponuje herbatkę z jagodami i już bez pytania przynosi drożdżówkę, też z jagodami. Jest ciepła woda do mycia oraz stary kocyk do okrycia, choć mój śpiwór w zupełności  wystarcza. Opuszczam miłych gospodarzy. Kupuję skuwacz do łańcucha bo jadę już sam i własny serwis jest trochę biedniejszy w zasobach..

 

Zaginiona sakiewka

 

ETAP XII. 13.06. GRÓDEK -  HAJNÓWKA. Długość etapu 101 km.

Żegnam miłych gospodarzy. Pokonuję pierwsze 9 kilometrów asfaltu i 9 szutrówki. Kiedy mija mnie auto nabieram duży haust powietrza, bo mgła kurzu przy bezwietrznej pogodzie będzie się utrzymywała jeszcze długo. Kiedy przychodzi prowadzić rower po miękkiej szutrówce wydaje się, że waży co najmniej 80 kg, chyba dwa razy więcej niż naprawdę. Ale na asfalcie wydaje się już lekki jak piórko. W Jałówce przypinam rower na zatrzaskową kłódkę i oddalam się. Po chwili stwierdzam, że nie mam sakiewki z dołączonymi do niej kluczykami od roweru. Co u licha robić? Wracam do gospodarstwa oddalonego 20 km . Autostopem. Jest godzina 10. Spotykam moją starą drużynę. Robimy zdjęcie, może ostatnie. Droga mało uczęszczana, ale docieram do Gródka. Mam już sakiewkę. Ale jest trudno złapać powrotny samochód. Udaje się dotrzeć do końca asfaltu, ale dalej już nikt nie jedzie. Nie tracąc jednak nadziei wsłuchuję się w krótki, ale jakże ciekawy życiorys pana Antosia, pomagającego mi zatrzymać jakieś auto(stop). „W 44 roku weszli ruskie i wszystkich młodych brali do wojska. Zawieźli do Warszawy na krótkie szkolenie, a potem na Berlin. Nosiłem RKM. Zostałem ranny tuż przed Berlinem. Ze szpitala przewieźli mnie do  rodzinnej Jałówki. Okazało się, że mój dom stoi teraz dwa kilometry za granicą. Nie pozwolili wrócić do domu, zobaczyć rodziców. Oglądnąłem się wokół, był gospodarz miał jałówkę, kunia i córkę. Choć ziemia lichą, kamień na kamieniu, przyszło mi tu spędzić resztę życia. Tylko pot…i łzy”. Było już dobrze po dwunastej. Musiałem się zdecydować na dziewięciokilometrowy marszobieg do Jałówki, gdzie uwięziłem swój rower. Ucieszyłem się, kiedy zobaczyłem go znowu. Ruszyłem o czternastej. Na skraju Hajnówki w ogródku u państwa Basi i Jurka nie wolno mi niczego dotknąć, zanim poczęstuję się domowym krupniczkiem. Teraz mogę rozbić swój namiot i udać się z panem Jurkiem pospawać sfatygowany bagażnik. Wieczorem pieczemy kiełbaski i gaworzymy do północy, popijając ciepłą księżycówkę. O 4.30 wstaję, bo trzeba jeszcze zeszlifować wystające z nypli szprychy tylnego koła. O ósmej już jest otwarty sklep rowerowy. Kupuję zapasową dętkę.

 

Gościna w Hajnówce

 

ETAP XIII. 14.06. HAJNÓWKA – LEBIEDZIEW. Długość etapu 153 km.

Etap spokojny, monotonne drogi. W dawnej wsi Kleszczele, król Zygmunt Stary ustanowił prawa miejskie, które w latach PRLu zostały mu odebrane. Dopiero w 1993 roku pani premier Suchocka, aktem łaski cofnęła niechlubny zapis, zapewniając sobie dozgonną wdzięczność jego mieszkańców.  Starszy pan, siedzący na ławce po lewej, z głęboką troską zapytał mnie czy pani Premier nadal jest panienką? Uśmiechnął się tylko gdy zapytałem, czy zechciałby uczynić Ją szczęśliwą. Wieczorem trafiam na podwórko paliwowego biznesmena. Zaczyna się o polityce, ale na szczęście mecz naszej jedenastki uwalnia mnie od drążenia tematu. Zmagania Polaków oglądam tylko do połowy. Jestem zmęczony i zdarza się, że zasypiam podczas transmisji.

 

Popiersie króla w Kleszczelach

 

ETAP XIV. 15.06. LEBIEDZIEW – ZOSIN.  Długość etapu 191 km.

Boże ciało. Dzisiaj jadę wśród szpalerów kolorowych chorągiewek. Po drodze Romanów. Wspaniałe muzeum Kraszewskiego. Przez kwadrans dowiedziałem się i zapamiętałem wiele więcej z Jego przebogatego życia, niż przez cały okres szkolnej edukacji. Dalej tylko przestrzeń. Nabijam licznik, bo droga nad Bugiem prosta. Nie boli już kolano, ale czyrak na pośladku przeszkadzał będzie do końca wyprawy. Nocleg na podwórzu gospodarstwa w Zosinie, najdalej wysuniętym punkcie Polski na wschód. Obowiązkowo kąpiel i bieżące pranie. Rano koszulka biała od soli odzyskuje swój dawny blask. Wstaję jak już zwykle o czwartej, i o pół do szóstej ruszam.

 

W muzeum wieszcza

 

ETAP XV. 16.06. ZOSIN - NAROL. Długość etapu 129 km.

Tu można już spotkać pomniki upamiętniające pomordowanych żołnierzy AK przez bolszewików we wrześniu 39 roku. Za Tarnoszynem mija mnie nieoczekiwanie Jurek. Poprzedniego dnia pojechałem 191 kilometrów, myślałem więc, że ostatnie wspólne zdjęcie zrobiliśmy w Jałówce. Teraz zrozumiałem, że drogi klubowych kolegów ze Śląska rozeszły się. Wracam do pominiętego, ostatniego punktu kontrolnego w Magdalence po pieczątkę, bo skojarzenie z tą symboliczną nazwą oderwało moje myśli od turystyki i skierowało do okresu, kiedy to przy okrągłym stole rozpoczął się IV rozbiór RP. Robię zdjęcie tablicy i wracam na właściwy kurs. Dogania mnie Waldek. Potwierdza, że nie jest już w stanie kontynuować podróży z Jurkiem. Chociaż jedzie mi się samemu bardzo dobrze, łączymy się razem w jedną grupkę. W Bełżcu odwiedzamy muzeum pamięci zagazowanych w ciężarówkach i spalonych na stosach podkładów kolejowych, 500 tysięcy Żydów. Nocleg wybieramy w leśniczówce Narol. Jak wszędzie spotykamy się z życzliwością i sympatią zupełnie przypadkowych ludzi.

 

Znowu razem

 

ETAP XVI. 17.06. NAROL – PRZEMYŚL. Długość etapu 134 km.

Trasa PTTK nie jest prosta i łatwa. Kluczy najtrudniejszymi odcinkami dróg po małych miasteczkach i wsiach, które jednak warto zobaczyć. Często po bezdrożach, drogach o złej nawierzchni. Łapię kolejną już, trzecią czy czwartą gumę. Blisko gospodarstwa, gdzie mogę przewiercić otwór w obręczy koła by zmieścić samochodowy wentyl nowej dętki. Trasa trudna, obfitująca w częste, strome podjazdy. Upalnie. Słońce wyciska ostatnie krople potu. Cztery litry wody znikają szybko z zapasu uzupełnianego po drodze. Zawsze z kranu lub studni. Nigdy nie płacę dwóch złotych za butelkę mineralnej, a w tej części kraju nawet 3,40. Przemyśl zdobyty. Docieramy do wsi za miastem. Rozbijamy swój obóz w gospodarstwie agroturystycznym. Nie zdzierają z nas skóry. Płacimy tylko po 5 zł za wodę, czyli natrysk wieczorem i toaletę poranną. To już druga kąpiel pod prysznicem podczas tej wyprawy. Ale wykąpać trzeba się codziennie, koniecznie od stop do głów, choćby w małej misce wody. Nauczyłem się tego w marokańskiej Safii. Arab na środku ulicy w południe potrafi wykąpać się w puszce wody po konserwie. Wiem już, że ja też potrafię. W Jarosławiu na rynku spotykamy samotnie już jadącego Jurka. Na Waldka pozdrowienie odpowiada z rozgoryczeniem ”wreszcie spełniły się twoje marzenia”. Wypijamy kawę na przemyskim ryneczku. Wieczorem już pada, ale zdążyliśmy rozbić namioty. Gospodarz uprzedza, że te górki za nami to dopiero zabawka.

 

W drodze do Ustrzyk Górnych

 

ETAP XVII. 18.06. PRZEMYŚL – USTRZYKI GÓRNE. Długość etapu 118 km.

Nocne wycie psów uświadamia nam, że jesteśmy już w Bieszczadach. Rano deszcz ustał. Wstajemy jak zawsze wcześnie. Mocne śniadanie i kawa, bo jak obiecywał gospodarz będziemy dziś pracować jak bawoły. Ruszamy. Bieszczady spowite mgłą po nocnym deszczu. Nie wiemy, co nas jeszcze dzisiaj czeka. Jest przedsionek na dzień dobry. Wspinamy się, by potem wstąpić na próg, bardziej stromy. Wchodząc na salony Bieszczad pod Rokietnicą, Waldek prowadzi rower. Jego łańcuch trzeszczy i jest już bardzo nadwyrężony. Ja kręcę dalej, choć prędkość nie przekracza pieszego. Na szczycie moja przewaga wynosi nie więcej niż 100 metrów. Potem zjazd serpentyną na Birczę. Teraz szybkość nieznacznie przekracza dozwoloną znakami drogowymi 50 km/h. Chwila odpoczynku, ale przed nami jeszcze prawie 100 kilometrów. Zatrzymujemy się na poboczu. Waldek naprawia gumę, ja zbieram gratulacje i całuski od przygodnych, zmotoryzowanych turystek. Ustrzyki Górne. Kamping PTTK. Płacimy 12 zł ze zniżką. Górski strumyk kołysze nas szybko do snu. Woda po nocnej burzy w kranach jest żółta. Brak w kampingowym sklepiku mineralnej, żeby sporządzić śniadanie. Ale tak naprawdę, nasze śniadanie i kolację zostawiliśmy w kasie kampingu, w zamian za otrzymany paragon.

 

Góry, nasze góry

 

ETAP XVIII. 19.06. USTRZYKI GÓRNE - NOWY ŻMIGRÓD. Długość etapu 130 km.

Morderczy etap. Długie strome podjazdy. Za to piękne pejzaże, ale ciężko kręcąc nie ma czasu oderwać wzroku od asfaltu. Klasztor Nazaretanek, gdzie więziono kardynała Wyszyńskiego. Trzeba się wspiąć wysoko, ale już nikt z nas nie ma na tyle siły. Nocleg standardowo u gospodarza. Kąpiel jak zwykle we własnej misce. W ofercie gospodyni ciepła woda i świeże mleczko. Ostatniego odmawiamy kłaniając się nisko, żeby nie urazić szczodrości. Jesteśmy już po kolacji i szybko kładziemy się spać.

 

Bieszczadzki folklor

 

ETAP XIX. 20.06. NOWY ŻMIGRÓD - STARY SĄCZ. Długość etapu 140 km.

Upał. Długie, ciężkie podjazdy, strome serpentyny. To już staje się nudne w opisach, ale trzeba je było metr po metrze pokonać. Waldek ma problemy z tarczami hamulca tylnego i łańcuchem. Odwiedzamy Krynicę i pomnik Janka Kiepury. Koniecznie chcemy rozbić namioty nad Popradem, ale po regulacji rzeki, brzeg jest niedostępny. Śpimy więc w Starym Sączu, na otwartym terenie gospodarstwa. Kolacja i zamykamy się w namiotach.

 

Poprad

 

ETAP XX. 21.06. STARY SĄCZ - ZAKOPANE. Długość etapu 103 km.

Słońce, jak co dzień od rana. Cudne pejzaże, wiszące mosty nad górskimi strumykami, góralskie chaty. Pieniński Park Narodowy. Czorsztyn i ruiny legendarnego zamku. Idziemy na hale, aby upajać się cudowna panoramą. Stąd rozciąga się piękny widok na jezioro, zaporę wodną i Tatry. Na hali u bacy kosztujemy prawdziwych owczych oscypków. Możemy poznać też technologię produkcji. Kluczymy po Pieninach krętymi drogami. Trudne podjazdy są już stałym programem każdego etapu. Ale najtrudniejszy jest pod Bukowinę Tatrzańską. Upał daje się mocno we znaki. Wieczorem o piątej docieramy do Zakopanego. Oczywiście Krupówki jako stały element obowiązkowej wizyty. Robiąc zdjęcia, pewnie chwalimy się przy okazji dobrym fotograficznym sprzętem. Kemping Pod Krokwią. Bieżący remont roweru, wymiana trzech szprych tylnego koła i mocno zmęczeni kładziemy się do swoich łóżek. Podczas głębokiego pierwszego snu, nieznani amatorzy cudzej własności otwierają dwa zamki namiotu Waldka, wchodzą do środka i okradają go z najcenniejszych skarbów. O 3.45 powiadamiamy policję. Pies zgubił trop przy płocie kampingu. Potem jeszcze zeznania od ósmej rano i ruszamy przygnębieni o dziewiątej.

 

Kamping pod Krokwią

 

ETAP XXI. 22.06. ZAKOPANE – JELEŚNIA. Długość etapu 137 km.

Chochołów – piękny żywy skansen budownictwa góralskiego. Około 100 domów ubiegłego stulecia. Babia Góra, niebotyczna wspinaczka na szczyt, ulubione miejsce spacerów Karola Wojtyły przed wyborem na papieża. Potem 18 kilometrowy zjazd do Machowa Podhalańskiego. Mamy dwie godziny opóźnienia na starcie, ale staramy się pokonać coraz to na nowo wyrastające góry, by jednak dotrzeć do Jeleśnej na umówioną gościnę u znajomych Waldka. Smażone kartofelki na kolację, zapomniany, przecudny smak.

 

Pozostał smutek, i żal

 

ETAP XXII. 23.06. JELEŚNA - KSIĄŻĘCE POLE. Długość etapu 166 km.

To już ostatni wspólny etap z Waldkiem. W Jastrzębiu Zdroju kończy się jego podróż dookoła Polski, aczkolwiek musi jeszcze dojechać do Zabrza. Pobudka o piątej. Godzinę później ruszamy. Dzisiaj kończę 67 lat. Góra pod Koniaków największa, jaką dotąd mogłem spotkać. Tutaj po raz drugi muszę zejść z roweru i podejść kolejne sto metrów. Przydałaby się trzecia tarcza z przodu. Góra znajduje się na wysokości 840 metrów nad poziomem morza, ale wspinamy się od jej podstawy, co najmniej 400 m wzwyż. Na zjazdach pęka kolejna szprycha. Żegnam się z Waldkiem. Odtąd jadę już sam. Wisła. Pytam o Adasia i każdy chętnie informuje gdzie mieszka. Mimo zmęczenia wspinam się jeszcze 300 metrów granitową kostką w górę, by dyskretnie zrobić pamiątkowe zdjęcie przed domem mistrza. Za Cieszynem następna szprycha. W zapasie już tylko dwie. W Raciborzu wykupuję ostatnich 6 posiadanych w sklepie. W Kietrzu aprowizacja i lokuję się na nocleg w ogródku pani Beaty w Książęcym Polu. O czwartej wstaję, a wraz ze mną na nogach jest już pani Beatka. Miała prawo pomyśleć, że rano będę bardziej do rzeczy. Gotuję jak zwykle swoją makaronową z wkładką. Stygnie w patelni, ja korzystam z zaproszenia na kawę. Pani Beatka przygotowała już jajecznicę, ale tłumaczę, że muszę odżywiać się według własnej recepty. Kawa stawia mnie na nogi. Jednak okazuje się, że mały kundelek, który pilnował mnie w nocy odebrał już swoją zapłatę. Nie mam makaronowej, wracam więc na jajecznicę z sześciu.

 

Pożegnanie

 

ETAP XXIII. 24.06. KSIĄŻĘCE POLE - GRODKÓW. Długość etapu 135 km.

Dzisiaj musiałem minąć szereg śląskich, zatłoczonych miasteczek. Teren w miarę płaski.  Jadę bez przerwy już 3 tygodnie. Świadomość, że będę mógł wreszcie jeden dzień odpocząć odbiera mi resztę sił. W Nysie zjeżdżam z trasy i po 28 kilometrach osiągam Grodków, dom mojego kolegi sprzed lat. Tutaj gospodyni obchodzi swoje imieniny. Mamy wspólnego patrona, więc przyłączam do się do biesiadnego stołu. Niedziela jest tradycyjnym dniem poprawin. W poniedziałek wysoka komisja zezwala na start dopiero o 14.

Z przewodniczącym komisji w Grodkowie

 

ETAP XXIV. 26.06. GRODKÓW - KAMIENICA. Długość etapu 75 km.

Ruszyłem w towarzystwie tirów. Nastrój poprawia piękna panorama miasta. Białe domy na wzgórzu przypominają Casablankę w pigułce. To Otmuchów. Na ryneczku pomnik pięknej białogłowej. Ona obmyśliła plan upojenia tatarskich dowódców oblegających swą armią Otmuchów, a potem podczas błogiego snu, wyrżnięcia ich w pień. Miasto uratowane, dumne i piękne do dziś. Paczków także robi wrażenie. Oba są perełkami Śląska. W Kamienicy można zobaczyć pamiątkę XVI wieku, krzyże pokutne. Mordercy musieli wykuwać je w kamieniu na miejscu zbrodni. Czas był nieograniczony, ale spieszyli się, żeby po wykonaniu pracy móc wreszcie umrzeć. W gospodarstwie, które wybrałem na dzisiejszy spoczynek jestem otoczony miłą, ciepłą opieką. Pani Halina przygotowuje kolację, pan Andrzej zaprasza na chłodne, czeskie piwo. Rano musiałem się poddać rozkazom pani Halinki i zjeść obfite śniadanko.

 

Kamienny krzyż

 

ETAP XXV. 27.06. KAMIENICA - JELENIÓW. Długość etapu 111 km.

Zloty Stok. Kopalnia złota eksploatowana do 1964 roku. Dzisiaj można oglądać podziemne chłodne sztolnie, płukać pozostałe złoto, uczestniczyć w podziemnym spływie łodzią. Znowu długi 10 kilometrowy podjazd, a potem zjazd do Lądka Zdroju. Na rynku stoi pręgierz. Obok ratusza, na posadzce ułożono herb miasta i otoczono łacińskim napisem, którego nikt nie potrafił mi objaśnić. W drodze do Bystrzycy Kłodzkiej, Czarna Góra. Krótki, ale ostry czterokilometrowy podjazd. Potem stromo w dół. Łapię szprychę. To dobrze, bo dopiero teraz mogę sobie uświadomić, że na obręczy koła można smażyć jajecznicę. Droga wąska, ale obok zatrzymuje się auto. Trzy dziewczyny pytają o drogę do miejsca, które minęły sześć kilometrów wcześniej. Zwracam uwagę na dymiące przednie koło. Palą się ferrody hamulca jak podpałka pod grilla. Potrzebna gaśnica. Ruszam bogatszy o nowe doświadczenie. Muszę bowiem zmienić sposób korzystania z hamulców. Przede mną panorama Bystrzycy Kłodzkiej. Z bliska wydaje się trochę zaniedbana, a mogłaby zachwycać tak jak niedawno oglądane Otmuchów i Paczków. Piję kawę na rynku i pokrótce ruszam do Zieleńca. Znowu podjazdy. O zjazdach nie pamięta się tak długo. Na ruchliwej drodze zdążam w towarzystwie tirów 12 km do Kudowy Zdroju, tylko po pieczątkę i wracam tą samą trasą do Dusznik Zdroju. Już zmierzcha i duży ruch tych ogromnych pojazdów zmusza mnie do przerwania podróży, aż do wczesnego poranka u państwa Jadwigi i Bronisława w Jeleniowie. Skrzętnie notuję wszystkich moich serdecznych gospodarzy, by podziękować im jeszcze raz po wyprawie. Łaźnia, poczęstunek kolacją, krótkie rozmowy, bo wcześnie trzeba wstać.

 

Poranek w Jeleniowie

 

ETAP XXVI. 28.06. JELENIÓW - CIEPLICE. Długość etapu 161 km.

Ruszam pośpiesznie o pół do szóstej, gdy zmęczeni kierowcy tirów śpią jeszcze na parkingach. Wreszcie Duszniki. Mogę skręcić w boczną, podziurawioną, ale bezpieczną drogę do Sobieszowa. Dwie szprychy w Kamiennej Górze. Serwis już nie chce więcej wtrącać się do mojego koła. Pada deszcz. Przede mną Przełęcz Kowarska. Nie łatwa, ale polubiłem już góry. W Karpaczu deszcz nie ustaje. Jest zimno i szaro. Mapy zamokły. Nie mogę ich rozkleić, przewrócić na właściwa stronę. Mylę trasę i zamiast do Szklarskiej Poręby, trafiam do Jeleniej Góry. Muszę koniecznie szybko wyjechać z tego miasta, bo robi się już ciemno. Rozległy kompleks wypoczynkowy ciągnie się aż do Cieplic. Tu znajduję kawałek trawki na zapleczu małego domku. Wsuwam rower do przedsionka mojego namiotu bo jestem zbyt blisko uczęszczanej ścieżki. Rano już nie pada, ale trochę podmokło.

 

Niebezpieczne drogi

 

ETAP XXVII. 29.06. CIEPLICE - KAMIENICA n/Nysą. Długość etapu 174 km.

Szklarska Poręba, ostatni znaczący podjazd na trasie. W Platerówce rozmawiam z weteranami osiadłych to po wojnie kobiet, żołnierzy WP. Rozmowę urywa ostry dźwięk pękanej szprychy. Nawet na postoju?  Następna, już zaraz przed Łęknicą. Droga dobra, asfalt, ale co parę kilometrów odcinek wyłożony brukiem. Świetnie, zaraz będzie kolejna szprycha pomyślałem, i jest. Zostały jeszcze tylko dwie w zapasie. Statystycznie dwie na dobę, więc do domu potrzeba mi jeszcze czterech. W Łęknicy, mimo że sklep już zamknięty, udaje mi się uzupełnić zapas. Spieszę się, bo jestem umówiony na reportaż z tvp3 w sobotę. Zjeżdżam do wsi Kamienica. Z otwartym sercem przyjmuje mnie pani Józefa częstując od razu fasolką po bretońsku. Dziś wstaję o trzeciej. Skoro świt ruszam na trasę, bo przede mną 200 km, ale już płaskiej drogi.

 

Czy starczy szprych do domu?

 

ETAP XXVIII. Dnia 30.06. KAMIENICA – ŁYSOGÓRKI. Długość etapu 201 km

Na początek bez niespodzianek. Guma, skutkiem wystających z nypli wymienianych po drodze szprych. Błądzę w miejscowości Łęknica. Uprzejmy nieznajomy pilotuje mnie terenowym samochodem polną drogą, po tajemnych ścieżkach tego miasta. Na końcu oznajmia, że pojechaliśmy skrótem i gratuluje formy, ale nie wie, ile kosztował mnie ten wysiłek. Antyczny, napędzany siłą ludzkich rąk prom samochodowy przez Odrę, przekraczam w Połęcku. Kursuje wg uznania, więc muszę mieć trochę szczęścia. Mam już drugi brzeg za sobą. W Kłopocie oglądam muzeum bociana, ale największe skupisko tych pięknych ptaków widziałem nad Bugiem. Jestem już bardzo zmęczony. Na liczniku równo 200 km. Naciskam hamulce i skręcam w leśną drogę. Kilometr głębiej jestem już sam na sam z przyrodą. Tutaj obowiązują jak już wspomniałem wcześniej, inne zwyczaje niż na naszych kampingach. O godzinie 22 ptaki ogłaszają ciszę nocną, która trwa do godziny czwartej. Wtedy rozpoczyna się koncert.

 

Ostatnia, najpiękniejsza  noc

 

ETAP XXIX. Dnia 01.07. ŁYSOGÓRKI – SZCZECIN. Długość etapu 122 km.

Szybko wstaję, bo mam wprawdzie tylko trochę ponad 100 kilometrów, ale muszę zarezerwować czas na awarie, które nieodłącznie towarzyszą mi w podróży. Pod Gryfinem guma, tym razem po raz pierwszy przednia. Szczecin, który jest zarazem metą mojego rajdu zdobywam wczesnym popołudniem. Zmęczony, ale jakże szczęśliwy na pytanie reportera „trójki”, jakie plany na przyszły rok, odpowiadam bez namysłu „dookoła Bałtyku” ? Trudno, już powiedziałem.

 

Najszczęśliwszy dzień

 

A propos. Gdzieś w czerwcu, znowu zgubiłem swoje zbędne dziesięć kilogramów.

 

 

Książeczka wyprawy z potwierdzeniem wszystkich punktów kontrolnych na trasie rajdu.